top of page
Szukaj

Master of Puppets – kto naprawdę steruje laboratorium?

(o automatyzacji, oszczędnościach i granicy między kontrolą a wygodą)

Automatyzacja miała nas uwolnić. Od zmienności. Od błędów manualnych. Od nieprzewidywalności procesu. Miała przynieść standaryzację, powtarzalność, a w czasach napiętych budżetów wyraźne oszczędności. Dziś coraz więcej laboratoriów stoi jednak w paradoksalnym miejscu. Z jednej strony walczą o obniżenie kosztu pojedynczego oznaczenia. Z drugiej inwestują w najbardziej zaawansowane technologicznie platformy, które w dłuższej perspektywie znacząco podnoszą koszty funkcjonowania jednostki.

I pojawia się pytanie: Czy automatyzacja jest naszym narzędziem? Czy może to my stajemy się elementem jej modelu biznesowego?



Oszczędność kontra nowoczesność


W prezentacjach wszystko wygląda prosto:

✔ większa przepustowość

✔ mniej błędów manualnych

✔ mniejsza zmienność

✔ lepsza standaryzacja


Niby brzmi racjonalnie, ale problem w tym, że nowoczesność często nie jest synonimem oszczędności. Nowoczesne rozwiązania bardzo często oznaczają:

  • zamknięty ekosystem odczynników,

  • dedykowane opakowania i odczynniki,

  • brak możliwości stosowania alternatywnych materiałów,

  • ograniczoną elastyczność protokołów,

  • wysokie koszty przejścia na inną platformę.


Na etapie zakupu wszystko wygląda racjonalnie. W perspektywie 3–5 lat okazuje się, że budżet bieżący jest coraz bardziej obciążony kosztami eksploatacyjnymi, absurdalnymi kosztami serwisu i polityką cenową jednego dostawcy. Automatyzacja miała stabilizować proces. Natomiast nie zawsze stabilizuje finanse.


Iluzja kontroli

Automatyzacja daje poczucie bezpieczeństwa. „System jest walidowany.” „Protokół jest zoptymalizowany.”„Błąd ludzki został wyeliminowany.” To powinno uspakajać, tylko czy w ten sposób na pewno kontrolujemy proces? Coraz częściej spotykam się z pytaniem przy ofertach na przeciwciała: „Czy jest ono zwalidowane pod taką i taką platformę?”.


I wtedy pojawia się inne pytanie: Co stało się z wewnętrzną walidacją? Czy zapomnieliśmy, jak ją prowadzić? Walidacja producenta nie zwalnia laboratorium z odpowiedzialności za własny proces. Zwłaszcza w środowisku, w którym platformy są dynamiczne, zmienne, aktualizowane, a warunki pracy różnią się między ośrodkami. Jeżeli nawet oryginalne, dedykowane przeciwciała potrafią dawać nieoptymalne wyniki w konkretnym laboratorium, to czy naprawdę możemy bezrefleksyjnie ufać, że zwalidowane oznacza idealne w każdych warunkach?


W platformach zamkniętych coraz częściej:

  • można stosować wyłącznie określone opakowania odczynników,

  • nie można swobodnie modyfikować parametrów,

  • nie można wprowadzać alternatywnych rozwiązań bez ryzyka utraty gwarancji,

  • użytkownik ma ograniczony wpływ na kluczowe elementy workflow.


Z perspektywy producenta to bezpieczeństwo i standaryzacja. Z perspektywy laboratorium to ograniczenie autonomii i rozwoju. Kontrola procesu przesuwa się z użytkownika na system. Co więcej producent systemu nie ponosi odpowiedzialności za wynik kliniczny. Odpowiedzialność zawsze pozostaje po stronie laboratorium.A gdy kontrola zostaje ograniczona, pozostaje jedno: ZAUFANIE. Pytanie tylko, czy w diagnostyce zaufanie może zastąpić walidację.


Marka jako substytut danych

Analizy porównawcze systemów automatycznych pokazują, że wysoka rozpoznawalność marki nie zawsze przekłada się na jednoznaczną przewagę jakościową. W niektórych oznaczeniach zgodność nawet w obrębie jednej platformy bywa znacznie niższa, niż oczekiwalibyśmy od złotego standardu. Jakość nie jest dana raz na zawsze. Nie jest certyfikatem przypisanym do logo. Jest procesem, który wymaga ciągłej weryfikacji.


W ekonomii istnieje zjawisko premii za markę. Silna pozycja rynkowa zmniejsza presję konkurencyjną. A mniejsza presja oznacza często wolniejsze tempo zmian i udoskonaleń.

Nie dlatego, że ktoś działa w złej wierze. Dlatego, że mechanizmy rynkowe na to pozwalają. Jeśli system jest postrzegany jako standard, użytkownicy rzadziej go kwestionują. A im mniej pytań, tym mniej bodźców do rozwoju. Wtedy warto zapytać:


Kto z ręką na sercu ostatnio przeanalizował wyniki niezależnych badań dotyczących „zaufanego” dostawcy?

Kto porównał rzeczywistą jakość wyników uzyskiwanych na urządzeniach „dobrze znanej firmy” z alternatywnymi platformami?


Nie marketingowe broszury. Nie prezentacje sprzedażowe. Niezależne dane. Czy regularnie weryfikujemy:

  • powtarzalność między laboratoriami?

  • zgodność międzyplatformową?

  • stabilność wyników w długim horyzoncie czasowym?

Czy może przyjmujemy, że skoro system jest popularny i obecny w większości zakładów, jego jakość jest stała i niepodważalna?W medycynie to niebezpieczne. Bo zaufanie nie może zastępować danych. A marka nie może zastępować kontroli.


Koszt, którego nie widać w przetargu

Automatyzacja ma sens wtedy, gdy rzeczywiście:

✔ poprawia jakość diagnostyczną

✔ zmniejsza zmienność

✔ stabilizuje wyniki

✔ obniża całkowity koszt w długim okresie


Ale koszt systemu to nie tylko cena urządzenia. Cena zakupu to początek historii. Prawdziwy koszt zaczyna się później.


To:

  • koszt dedykowanych odczynników,

  • oszt materiałów zużywalnych,

  • koszt serwisu i przestojów,

  • koszt utraty elastyczności,

  • koszt uzależnienia od jednego dostawcy,

  • koszt utraty pozycji negocjacyjnej.


W przetargu widać cenę. Nie widać całkowitego kosztu posiadania. Nie widać kosztu wyjścia z systemu. Nie widać bariery zmiany. Nie widać ryzyka, że za kilka lat każda podwyżka cen będzie decyzją jednostronną. Jednostka, która bezrefleksyjnie dąży do najnowocześniejszego rozwiązania, może po kilku latach znaleźć się w sytuacji, w której:

  • każda podwyżka cen bezpośrednio uderza w budżet,

  • zmiana systemu staje się ekonomicznie nierealna,

  • rozwój nowych badań ogranicza kompatybilność platformy,

  • innowacja przestaje być możliwa bez zgody producenta.


Wtedy automatyzacja staje się zależnością. A zależność w medycynie szczególnie finansowa i technologiczna  ma zawsze swoją cenę. Bo system, który miał dawać przewagę, może stać się ograniczeniem. A automatyzacja, która miała być wsparciem, może okazać się kagańcem.


Czy warto? Tak. W wielu przypadkach automatyzacja jest konieczna:

  • Przy rosnącej liczbie badań.

  • Przy niedoborze personelu.

  • Przy potrzebie standaryzacji i kontroli jakości.


Ale tylko wtedy, gdy:

  • rozumiemy proces, który automatyzujemy,

  • analizujemy całkowity koszt posiadania,

  • mamy realną kontrolę nad parametrami,

  • weryfikujemy jakość na podstawie danych, nie reputacji.


Master of Puppets

W utworze Metalliki kontrola jest złudzeniem. Wydaje się, że to my decydujemy. A tymczasem ktoś pociąga za sznurki. W diagnostyce technologia nie jest wrogiem. Wrogiem może być bezrefleksyjność. Automatyzacja nie jest problemem. Problemem jest moment, w którym przestajemy zadawać pytania. Bo prawdziwy Master of Puppets w laboratorium to nie maszyna. To brak świadomości kosztów. Brak analizy danych. Brak kontroli nad procesem, który oddaliśmy w ręce systemu. A jeśli mamy inwestować w nowoczesność, to tylko wtedy, gdy to my trzymamy sznurki.


 
 
 

Komentarze


bottom of page